"Jak nie ten, to inny. Praca najważniejsza" - mówili. Dziś jestem po 30, a przy moim boku tylko kieliszek wina

Fot. vishneveckiy / 123RF Zdjęcie Seryjne
Fot. vishneveckiy / 123RF Zdjęcie Seryjne
Tylko praca w życiu się liczy. Bez niej, jesteś nikim – dziś już nawet nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałam te słowa. Wypowiedziała je mama? A może wypowiedział je tata? Babcia, ciotka, brat? Nieważne. Padły z ust ich wszystkich. Nawet wtedy, gdy całe dnie spędzałam bawiąc się lalkami ubrana w piękne kolorowe sukienki słyszałam, że w życiu robić trzeba tak, aby zdobyć dobrą pracę.



Te wszystkie historie o wielkiej miłości, o podążaniu za marzeniami, o szukaniu szczęścia – wszystko to można włożyć między bajki. Nic takiego nie istnieje. A nawet jeśli – nie kupisz za to chleba.

„Musisz być Kasiu niezależna. Musisz realizować plan punkt po punkcie. Tak trzeba. Na tym właśnie polega życie” – mówili. A ja słuchałam. I tak, realizowałam plan punkt po punkcie.

Maturę zdałam świetnie. Egzaminy na studia (bo wtedy jeszcze były) też. Wybrałam zarządzanie, choć „wybrałam” to może niezbyt odpowiednie słowo. Oni wybrali. Bo pracę po studiach znajdę. Ba! Dobrą pracę. Rodzicom pomogę na „stare lata”, bratu oddam to, co kiedyś pożyczę (tak, założyli już, że „kiedyś” pożyczę).
Na studiach, poza kilkoma potknięciami, szło mi wybornie. Wciąż w głowie słyszałam ich słowa, że „plan realizować trzeba punkt po punkcie”. Nie miałam czasu na wieczorne wypady ze znajomymi, bo na jutro zawsze coś trzeba było zrobić. Obok łóżka w akademiku leżał cały stos książek, które musiałam (!?) przeczytać. Brałam je pod pachę i szłam do biblioteki, bo akademik…cóż, najlepszym miejscem do nauki nie był.

A miłość?
Kilka razy mocniej zabiło mi serce. Nie trwało to długo. Nie mogło. Miałam plan, a w tym planie nie było miejsca na modyfikacje. Na porywy serca, też. A poza tym, wciąż słyszałam: „Jak nie ten, to inny”.
Zgodnie z założeniami planu, po studiach dostałam pracę. Mogłam już wynająć mieszkanie, a każdego miesiąca kupowałam do niego kolejną piękną rzecz. Praca (prawie zawsze po godzinach) była całym moim życiem. Przez pierwsze lata mojej błyskotliwej kariery, najbardziej lubiłam moment, gdy przyjeżdżałam do rodzinnego domu.” Tak, dostałam podwyżkę. Tak, szef opłaci moje szkolenie. Tak, zostałam wyróżniona” – chwaliłam się przed dumnym tatą i równie dumną mamą. O to przecież chodziło, prawda? A kolejny punkt? Jaki jest kolejny punkt planu? Mamo? Tato?

„Teraz córciu, powinnaś zostać żoną. I matką!”.
Dzięki, drodzy rodzice. Wiem już, co robić.

To jednak okazało się trudniejsze niż myślałam. Czy ja w ogóle kiedykolwiek byłam na randce? Czy ja w ogóle mam znajomych? Pani piętro niżej, która wciąż pożycza cukier….ile ma lat? Około 50. A w pracy? Należę raczej do tych, o których mówi się: „Jej nie proponuj, i tak nie pójdzie na piwo”. A znajomi ze studiów? Gdyby tylko książki potrafiły mówić…

Dziś muszę się do czegoś przyznać. Chcąc zrealizować plan (nowy plan) i mając na uwadze niebezpiecznie tykający zegar biologiczny, zarejestrowałam się na portalu randkowym. A nawet…na dwóch. Jedna, druga, trzecia, dziesiąta randka i…nic. Panowie chcieli już i teraz. Po co czekać? I choć pierwszy raz już miałam za sobą (tak, zdarzyło mi się „zaszaleć”), wciąż czekałam na odpowiedni moment. Aż znowu poczuje przyśpieszone bicie serca i motyle w brzuchu (jeśli faktycznie istnieją).

Dziś mam 38 lat. Dobrą pracę, w której wspinam się po kolejnych szczebelkach kariery, własne m4, sporo pieniędzy odłożonych na koncie i każdego roku coraz lepsze wakacje.
Dziś to ja pożyczam bratu pieniądze i przelewam co miesiąc niemałą sumę na konto rodziców. Dlaczego? Bo mogę. A zresztą, taki był przecież plan.

Wiesz, mam też piękną, czarną, skórzaną kanapę, na której wieczorami siadam. Z jednej strony pilot od telewizora, z drugiej – kieliszek czerwonego wina.

Trzymając się kurczowo planu, ślepo wierząc w zapewnienia rodziców, że wszystko w życiu ma swój czas - zostałam sama.

Teraz śmiało możesz powiedzieć, że tego właśnie chciałam.
Bo czy nie jest tak, że zawsze jest coś za coś? Chcesz mieć dobrą pracę? Ok, ucierpi na tym twoja rodzina (jeśli ją w ogóle masz). Chcesz mieć rodzinę? NAPRAWDĘ rodzinę? Nie uda ci się to, jeśli swój wolny czas będziesz spędzał przed komputerem. Wybór masz zawsze. Wybieraj więc.

A co ze mną? Każdego dnia z uśmiechem na ustach udawać będę, że oto jestem kobietą spełnioną. Kobietą sukcesu!

Czy żałuję? Ogromnie. Tych kilku lat i tak wielu źle podjętych decyzji. I choć zrealizowałam wpajany mi od dziecka "plan na życie", pluję sobie w brodę. Gdzie w tym wszystkim jestem ja?

Każdego dnia mijam na ulicy szczęśliwe matki trzymające swoje dzieci za rękę. Tak, chciałabym być na ich miejscu. Co mam w zamian? Kieliszek cholernie drogiego wina, które czeka na mnie w domu.

Warto było? Nie warto.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...