"Zobacz, ilu ludzi tak żyje. Mąż nie bije dzieci ani mnie. My się tylko głośno kłócimy…"

Fot.  gladkov / 123RF Zdjęcie Seryjne
Fot. gladkov / 123RF Zdjęcie Seryjne
Odczep się od mojej matki!
Jesteś taki sam, jak twój ojciec!
To ty rozpie*rzyłeś ten związek!
Zamknij się, dzieci śpią!
Po co uprawiasz ze mną seks, skoro nie chcesz mnie nawet przytulić?!”
Przez napięcie seksualne! Jasne!?




Te właśnie słowa, i niestety wiele innych, słyszę w piątkowy poranek. Ściany nie takie grube, jak myślałam…Włączam muzykę, żeby zagłuszyć moich sąsiadów, których mam tę nieprzyjemność słyszeć kilka razy w tygodniu. Czasem to zwykła kłótnia. Czasem wrzaski i krzyki. Czasem jednak przeraźliwy płacz dzieci i odgłos rzucanych mebli. Wtedy reaguję. Podnoszę słuchawkę domofonu i dzwonię do starszych, sympatycznych panów, których obowiązkiem jest chronić mnie i wszystkich moich sąsiadów.

Najczęściej słyszę: Wiemy, wiemy. Już tam idziemy. Jak zwykle spóźniłam się – sąsiedzi też czujni. Po chwili nastaje cisza. Jakby wszystko umarło. Jakby ich nie było. Delektuję się nią, choć doskonale wiem, że ta sytuacja za kilka dni znów się powtórzy.

ONA
30-kilkuletnia wysoka brunetka. Włosy zawsze spięte w koński ogon. Delikatny makijaż i swobodny, sportowy strój. Uśmiechnięta, spokojna. Widuję ją często, gdy wraca z dziećmi ze szkoły. Za rękę trzyma chłopca i dziewczynkę. Uczniowie podstawówki. Też uśmiechnięci i chyba szczęśliwi. Wymieniamy uprzejmości i…tyle. Nie widzę na jej twarzy sińców, ani innych oznak przemocy fizycznej. Oddycham z ulgą bo nie będę ukrywać, że zawsze dokładnie jej się przyglądam.

ON
Wysoki, już trochę łysiejący, na oko 40-letni. Niewiele wam o nim powiem. Jeśli się spotykamy to na parkingu podziemnym. Nie wiem nawet, czy zdaje sobie sprawę, że jestem jego sąsiadką. Gbur? Cham? Nie wiem…”Dzień dobry” to chyba nie jego bajka.

ONI
Kiedy widuję ich razem, nic nie wzbudza mojego niepokoju. Idą obok siebie, czasem rozmawiają. Napięcie? Strach? Nic takiego nie wyczuwam. Widzę ludzi, którzy są razem już od kilku lat, mają dwoje dzieci, pewnie niejedno przeżyli. Dlaczego miałabym oczekiwać od nich czegoś więcej? To ich miłość.

Wiem, że wie. Wie, że to ja podnoszę słuchawkę domofonu, wie, że wszystko słyszę i wie, że nie jestem w stanie tego akceptować.

„Przepraszam. Wiem, że u nas czasem głośno. No, kłócimy się – jak każdy. Czasem faktycznie przesadzamy, ale wie Pani, czasem muszę podnieść głos, żeby wszystko w rodzinie „grało” – zwraca się do mnie, gdy stoimy w kolejce do kasy w osiedlowym sklepie.

Byłam zdezorientowana. Gdybym powiedziała: „Jasne, przecież rozumiem” – skłamałabym. Gdybym powiedziała: „To chyba nie jest zwyczajna kłótnia. Czy wszystko u Pani w porządku?” – wyszłabym na wścibską sąsiadkę.

A co, zaryzykuje!
Nie będę ukrywać, że czasem bardzo się martwię. Nie chcę wtrącać się w wasze sprawy, ale gdy płaczą dzieci…Proszę mnie zrozumieć – nie mogłabym nie reagować – mówię.

Ma Pani rację. To nie jest Pani sprawa. A moje dzieci proszę zostawić w spokoju. Czy pani w ogóle cokolwiek wie o dzieciach? Ile pani jest lat po ślubie? Taka młodziutka…wszystko przed panią – powiedziała.

A mi… w pięty poszło! Ugryzłam się w język, uśmiechnęłam i odwróciłam.

Po paru dniach, gdy za ścianą znów słyszałam krzyki, a nawet wrzaski, nie podniosłam słuchawki. Stanęłam przed ich drzwiami i po głębokim oddechu, nacisnęłam dzwonek. Drzwi otworzył on. Zdenerwowany, wściekły i chyba nieco zdziwiony. Za nim stała ona, łzy leciały jej po policzkach i już nawet nie starała się tego ukryć. A dzieci? Tuż za mamą.

Nie będę przytaczać słów, które wylały się z moich ust.
Odwagi dodał mi chyba kieliszek czerwonego wina wypity dopiero co. Groziłam policją, straszyłam sądem i chyba nawet więzieniem. A on stał, już spokojny, i tylko na mnie patrzył. Gdy skończyłam swój monolog, zatrzasnął mi przed nosem drzwi.
Chyba właśnie tak moglibyśmy zakończyć tę historię, gdyby nie następny dzień. Stała przed moimi drzwiami. Już nie tak uśmiechnięta jak zazwyczaj. Już nie taka spokojna. Weszła do środka i powiedziała mi to, czego wolałabym chyba nigdy nie usłyszeć.

Mój mąż nie bije dzieci. Ani mnie
Nigdy nie podniósł na nas ręki. Nie pije, nie pali, nawet nie ćpa. Każdego dnia idzie do pracy, potem wraca, je przygotowany przeze mnie obiad, chwilę rozmawia z dziećmi, rozsiada się na kanapie i…tyle. Jest. Po prostu. Acha, w nocy się kochamy. Od czasu do czasu. Jak pewnie słyszałaś: „Przez napięcie seksualne”.

Nie tak miało wyglądać nasze życie. Zaszłam jednak w ciążę i wszelkie plany trzeba było szybko zmodyfikować. Ja zostałam w domu, on poszedł zarabiać. Rozejrzyj się. Zobacz, ilu ludzi tak żyje. Jesteśmy już po ślubie ponad 10 lat i gdybym mogła, rzuciłabym papiery rozwodowe na stół. Ale nie mogę. Jestem przecież matką. Odpowiedzialną matką. I kobietą niepracującą. Miałabym utrzymać siebie i dzieci z alimentów, które by płacił? Bez żartów. Alimenty dla mnie? Za co? Przecież nigdy mnie nie uderzył, nigdy mnie nie zdradził. Czasem krzyknie. Każdy czasem krzyknie. Nie krzywdzi nas. Nie zaniedbuje nas. Mamy wszystko. Nie mamy już chyba tylko... miłości.

Trzymam fason i głowę wysoko w górze dla dzieci. Tylko dla nich. Wiem, nie musisz mnie przekonywać, że one widzą, słyszą i rozumieją, co się dzieje w naszym domu. Mamy gorsze chwile, ale też lepsze. Przecież tych krzyków nie słyszysz każdego dnia. A wtedy, jest dobrze.


Myślałam, że z serca spadnie mi przysłowiowy kamień
Nic z tego. Bo przede mną siedziała kobieta, która chyba sama nie mogła uwierzyć w to, co mówi. Obiecałam sobie i jej, że już nie będę reagować. Kłamałam. Wciąż sięgam po słuchawkę domofonu. Robię to dla niej. I dla jej dzieci.

I wciąż słyszę w głowie jej słowa: "Rozejrzyj się. Zobacz, ilu ludzi tak żyje". Serio? Ja tak nie chcę. Dziś, gdy patrzę na mojego męża modlę się, żeby podobna historia nigdy nie dotyczyła nas. Jeszcze nie wiem, czy się uda. Ale czy to nie zależy tylko od nas?

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...