"Dla pierwszej miłości porzuciłam dotychczasowe życie. Na chwilę. Dziś wiem, że nie było warto"

Fot. Pexels / [url=https://www.pexels.com/photo/woman-nature-hilltop-fresh-38109/]unsplash.com[/url]/[url=https://www.pexels.com/photo-license/]CC0 License[/url]
Fot. Pexels / unsplash.com/CC0 License
W życiu najważniejsza jest tylko pierwsza miłość. Tylko ona naprawdę się liczy. Tylko o niej pamiętać będziesz kołysząc się w bujanym fotelu opatulona kocem. To dla niej jesteś w stanie zrobić niemal wszystko. A może, wszystko? Każde szaleństwo, każde głupstwo, każdą źle podjętą decyzję usprawiedliwisz „pierwszą miłością”. Bo czy życie nie polega na tym, aby kochać? Tak prawdziwie, do końca, całym sobą.



Tak właśnie myślała M., gdy wspominała jego, swoją pierwszą miłość. Niewinną, młodzieńczą, trochę szaloną, nie znającą granic. Tę, która wprowadziła ją w dorosłe życie. Tę, która pokazała jej, co w życiu jest ważne. Przez lata myślała, że dla tej miłości skoczy w ogień. Nie będzie się wahała, zastanawiała. Porzuci wszystko co ma, aby tylko znów poczuć się tak jak dawniej. Bo jak mówią – dla miłości warto.

Dziś, mając 44 lata obudziła w sobie dziecko
Tę nastolatkę, a później młodą kobietę, dla której słowo „nie”, nie istniało. Dla której liczył się tylko ten jedyny i ta jedyna – pierwsza, prawdziwa miłość. Zaryzykowała i na chwilę straciła wszystko. Dziś wie, że nie było warto, a ten mężczyzna, który ponownie zapukał do jej drzwi, nie był tym mężczyzną, któremu niegdyś oddała serce.

Zmieniamy się. Choćbyśmy wzbraniali się przed tym – zmieniamy się. Nie tylko fizycznie. To jak myślimy, jak postrzegamy świat, jacy jesteśmy dla innych – wszystko to się zmienia. Ja na chwilę o tym zapomniałam. Przez tę jedną chwilę mogłam zniszczyć 20 lat szczęśliwego życia.

Jerzego poznałam, gdy zaczynałam zabawę w dorosłe życie. Nie wzbraniałam się przed uczuciem. Pozwoliłam, aby wtargnął w moje życie z całym swoim bagażem doświadczeń. Kiedy ja miałam 20 lat, on 29. „Jest dużo starszy, nie pakuj się w to”, „Zabawi się tobą i cię zostawi”, „Rozejrzyj się, ilu fajnych facetów masz wokół siebie” – słyszałam. Wszystkie argumenty puszczałam mimo uszu. Kochałam. Tylko to się liczyło.

Mimo przeszkód i nieprzychylnych spojrzeń budowaliśmy naszą wspólną przyszłość
On po rozwodzie, o życiu wiedział więcej niż ja. Imponował mi swoją wiedzą, doświadczeniem i wiarą w nas. Ja bezgranicznie w nim zakochana ślepo angażowałam się coraz bardziej w ten związek.

Byłam szczęśliwa. Wyjeżdżaliśmy, zwiedzaliśmy świat, a gdy chwilowo skończyły się fundusze – nie wychodziliśmy z łóżka. Szybko zapomniałam, że jestem studentką i w związku z tym mam kilka obowiązków. List informujący o skreśleniu z listy studentów nie był więc dużym zaskoczeniem. Przynajmniej dla mnie. Krytyczne komentarze mamy, dezaprobata taty…to wszystko wtedy się nie liczyło. Ważni byliśmy tylko my i to, co nas łączy. Kochaliście kiedyś? Tak naprawdę? Jeśli tak – zrozumiecie mnie.

Nie wiem kiedy minął ten rok. Rok pełen szaleństwa, namiętności, młodzieńczej spontaniczności
„Muszę wyjechać na pół roku. Wrócę i wszystko wróci do normy. Zostań, napraw relacje z rodzicami, uporządkuj sytuację na studiach i czekaj na mnie” – powiedział. W pierwszej chwili chciałam spakować walizkę i jechać razem z nim. Czy zaniepokoiłam się, gdy tłumaczył mi całymi dniami, że to głupi pomysł? Nie.

Pisał, dzwonił, przyjeżdżał. Świetnie wywiązywał się ze złożonej obietnicy, że wciąż będziemy w kontakcie. Z czasem jednak dzwonił rzadziej, rzadziej też pisał. O odwiedzinach mowy być już nie mogło. Wariowałam. Na niczym nie mogłam się skupić. Dlaczego się nie odzywa? Czy wszystko u niego w porządku? Czy ja coś źle zrobiłam? Stale zadawałam sobie te same pytania.
Przecież mówił, że kocha. Mówił, że jestem najważniejsza. Mówił, że jestem dla niego całym światem. A ten jeden list sprawił, że wszystkie jego zapewnienia można było włożyć między bajki. W skrócie? „To jednak nie było to. Wybacz. Zapomnij o mnie. Poznałem kogoś. Nie wracam” .

To „zapominanie” zajęło mi kilka lat. Kilka, podobno najpiękniejszych lat życia. Nigdy wcześniej słysząc o „złamanych sercach” nie sądziłam, że ten ból jest tak ogromny. I nie sądziłam też, że nie ma na niego recepty.


M. starała się żyć dalej
„To przecież tylko złamane serce! Jeszcze nie było takiego, który by od tego umarł” – mówili jej. A ona powoli odzyskiwała wiarę w ludzi i w swoje życie. Obiecała sobie, że teraz już podejmować będzie wyłącznie mądre decyzje, a w jej życiu na szaloną miłość miejsca już nie będzie. W jej sercu przecież wciąż jest tylko on. Miejsca dla kogoś innego? Niewiele.
Wojtka poznałam pierwszego dnia mojej pierwszej pracy. Nieśmiały, poważny, elegancki. Nudziarz – myślałam. Ten „nudziarz” szybko i bez pytania wszedł w moje życie, które szybko stało się naszym życiem. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ani do utraty tchu. Była to miłość, która dawała bezpieczeństwo, zrozumienie, wsparcie i troskę. Znów czułam się dobrze. Może nie tak, jak kilka lat wcześniej, ale…dobrze. Zaręczyny, ślub, dwoje dzieci – to był nasz plan, który dziś, śmiało mogę powiedzieć, zrealizowaliśmy. Jesteśmy fajną rodziną. Wspierającą się, kochającą, może nawet trochę nudną, ale z tą nudą nam do twarzy. Nie ominęły nas kryzysy i niejedną próbę musieliśmy przejść, aby dziś być w tym właśnie miejscu. Na jedną z nich, chyba najbardziej bolesną, wystawiłam naszą rodzinę właśnie ja.

M. Jerzego spotkała przypadkiem, gdzieś między sklepowymi półkami. W pierwszej chwili nawet go nie poznała. Postrzał się i posiwiał.

Skłamię, jeśli powiem, że moje serce nie zaczęło szybciej bić. Nie wiem tylko czy dawne uczucia już wtedy odżyły, czy to może wynik zaskoczenia i zdenerwowania. Umówiliśmy się na kawę bo...dlaczego by nie?

Do przeszłości nie wracaliśmy, a przynajmniej jeszcze nie wtedy. Skupiliśmy się na tym, co teraz. On mógł się pochwalić wspaniałą córką i dwoma rozwodami na koncie. Ja - kochającą rodziną.

Pierwsze spotkanie, drugie, trzecie, kolejne. Nie widziałam w nich nic niewłaściwego, ani w tym, że każdego wieczoru dostawałam od niego wiadomość. Pisał o mnie, o sobie, o nas. O tym, że podjął kiedyś złą decyzję, przez którą nasze drogi się rozeszły.

Wspomnienia wróciły, serce zaczęło znów mocniej bić, a ja poczułam się, jak wtedy gdy miałam 20 lat. Chciałam być blisko niego, słuchać go, patrzeć w te jego brązowe oczy i...znów zaszaleć.

"Spróbujmy raz jeszcze. Teraz, gdy oboje jesteśmy już dojrzali, pewni siebie i tego co chcemy. Uda nam się. Nie martw się, wszyscy zrozumieją. Będą potrzebować trochę czasu, ale w końcu przyznają nam rację, że pierwsza miłość jest najważniejsza" - przekonywał mnie.

A ja, po raz kolejny głupia, uwierzyłam. Spakowałam walizki, ucałowałam zapłakane twarze dzieci i...zniknęłam.

7 dni - tyle trwało moje "szaleństwo". Już drugiego dnia wiedziałam, że podjęłam złą decyzję, ale kto z nas lubi przyznawać się do błędu? Jerzy już nie był tym moim dawnym Jerzym. Tym czułym, z którym chciałam zapomnieć o całym świecie. Zmieniamy się, dlaczego o tym zapomniałam?


Nie mieliśmy już za bardzo o czym rozmawiać, a i w łóżku nie było tego "ognia". Chyba oboje liczyliśmy na wybuch namiętności, który jednak nigdy już nie nadszedł. Co mi pozostało? Spakować walizki i...wrócić.

Mój mąż nie czekał na mnie z otwartymi ramionami ani nie żałował mi kilku gorzkich słów. Ale wybaczył. Dziś ja staram się posklejać naszą rodzinę. To ciężka praca, ale zrobię wszystko, aby naprawić to, co sch**aniłam przez młodzieńcze wspomnienia i pragnienie poczucia znów tego, co czułam ponad 20 lat temu.

Nie niszcz tego, co udało ci się zbudować. Pierwsza miłość? Pamiętaj, ten dla którego twoje serce biło wiele lat temu, dziś nie jest już tym samym człowiekiem. Ty też jesteś już przecież zupełnie inna.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...